Duma i uprzedzenie

Nie jest łatwo zachęcić przeciętnego mężczyznę do uczestnictwa w zajęciach fitness. Zazwyczaj widzi on w nich coś niegodnego jego męskości i to pomimo, że zadałby kłam własnej duszy swoim brakiem podziwu dla wdzięku i umiejętności tańczących kobiet.

Możliwe też — tak przypuszczam — że większość mężczyzn nie widzi dobrze sensu takich ćwiczeń, nie przynoszą im one w związku z tym także fizycznej satysfakcji zgodnej z ich naturalną świadomością roli i możliwości własnego ciała. Od mężczyzn oczekuje się bowiem przeważnie aktywności bardziej angażujących bicepsy niż mięśnie brzucha, grzbietu czy dna miednicy — kluczowe z kolei w specyfice większości ról kobiecych.

W każdym razie nie sądzę, by znikoma liczba mężczyzn z zapałem ćwiczących w klubach fitness oznaczała jakieś ich zasadnicze fizyczne upośledzenie w stosunku do płci przeciwnej. Sztuka panowania nad własnym ciałem zdecydowanie nie jest typowo damską domeną.

Czym innym jednak jest balet, łyżwiarstwo figurowe, gimnastyka sportowa lub nawet taniec na parkiecie — przyciągające wzrok i budzące aplauz widowni, a czym innym program ćwiczeń w studio fitness, gdzie lustra służą rzeczowej autokorekcie postawy a jedyną nagrodą za trud i wytrwałość jest uśmiech i wyrozumiałość instruktorki. Ano właśnie — instruktorki, bo jednak trudno zaprzeczyć absolutnej niewieściej dominacji w tej niedocenianej branży prozdrowotnych usług.

Mężczyźni potrzebują lepszej motywacji — trzeba im co najmniej siódmych potów, jeśli nie stadionów i laurów. Zabawne, bo czasem zdaje mi się, że są w tych swoich priorytetach bardziej próżni i niedorzeczni od kobiet — przynajmniej do czasu, gdy te ostatnie zaczynają z kolei naśladować ich efektowne wyczyny, przejmując także typowo męskie, to znaczy niezbyt wdzięczne ambicje.

Zawody jednak i rywalizacja są dla zdrowych — nie dla tych, dla których ćwiczenia gimnastyczne to walka z bólem, upośledzeniem czy kalectwem. Napiszę więc tu właśnie o tej drugiej, dobrze znanej mi stronie życia — kiedy człowiek cieszy się, że może chodzić, odkręcić własną ręką słoik, zawiązać sznurowadło, umyć się lub ogolić — bo jest to miejsce, w którym łatwiej o rozumną zachętę do prostych gimnastycznych ćwiczeń nawet dla wielkiego macho.

Często bowiem dopiero w chwilach prawdziwej fizycznej niemocy mężczyzna odkrywa, że ma zupełnie nieużywane mięśnie, które mogą mu się bardzo przydać, odkrywając jednak także, że nie ma nad nimi żadnej kontroli, a w każdym razie na pewno nie taką, jaką demonstruje i w której nauce może go poprowadzić gibka fizjoterapeutka i instruktorka fitness.

Wydaje mu się, że jedyną drogą do poprawy jego kondycji może być coś, czym sam dysponuje lub co potrafi, a nie dokładnie to, czego właśnie powinien się nauczyć i co nie jest bynajmniej jakąś wielką sztuką — wymaga odeń jedynie przełamania umysłowej bariery, czyli drobnej lecz znaczącej zmiany własnego myślenia.

Znam dość dobrze Biblię i często czerpię stamtąd cenne myślowe wzorce na swój własny użytek, toteż i w tej materii najłatwiej właśnie stamtąd jest mi podać przykład takiej sytuacji, w której zmiana myślenia bywa kluczem do uzyskania spodziewanych korzyści podobnych tym, jakie można mieć z instruktażowego zaangażowania wykształconej w swoim fachu i doświadczonej fitnesski.

Jest to sytuacja pewnego znanego Aramejczyka zmuszonego niegdyś szukać uzdrowienia u swych nieprzyjaciół w granicach ciemiężonego jego własnym wojskiem izraelskiego narodu. Ten starożytny przekaz bardzo celnie eksponuje właśnie owo butne męskie poczucie człowieka władzy, uposażonego na podróż do wrogiego kraju wielkimi darami i kosztownościami, za które jego król spodziewa się w zamian ujrzeć swego trędowatego wodza w zdrowiu i gotowości do kolejnych podbojów.

Prorok Elizeusz nawet nie wychodzi Aramejczykowi naprzeciw, każąc mu tylko przez posłańca zrobić śmiesznie prostą rzecz — siedem razy obmyć w Jordanie, co oczywiście godzi w dumę wielkiego wojownika i stratega do tego stopnia, iż trędowaty okręca się z gniewem na pięcie, zbierając do powrotu drogą, którą właśnie przybył, licząc na cud. Wyjawia przy tym powód swego głębokiego zawodu: jego uzdrowienie miało po prostu wyglądać inaczej, honorując jego władcze dystynkcje, nie zaś uznanie dla jakiejś prorockiej służby w kraju, który właśnie złupił i ciemięży.

Usługują mu jednak mądrzy i wierni doradcy, przekonując, że prorok może wiedzieć coś więcej o warunkach, na jakich tutaj przysługuje mu oczyszczenie z trądu i wielki wódz, w stosunku do polskich realiów podobny rangą — nie przymierzając zbytnio — ministrowi obrony Rosji, na szczęście ulega ich perswazji. Rzeka rzece nierówna i być może Jordan wyglądał wówczas z powodu suszy jak nieduży strumyk w niczym nieprzypominający damasceńskich rozlewisk, ale to właśnie w nim wielki wódz miał się siedmiokrotnie zanurzyć z przekazanego mu rozkazu.

Służebne rozumowanie doradców Naamana jest takim właśnie dobrym kluczem do fizjoterapeutycznego sukcesu dla każdego mężczyzny, który nie wierzy, że dokładne wykonanie zestawu paru prostych ćwiczeń zleconych mu przez uśmiechniętą panią da mu o wiele więcej niż niewłaściwie ulokowana zawartość jego wypchanego portfela tudzież jego prymitywne idealistyczne wyobrażenia o najlepszej i najszybszej drodze powrotu do zdrowia.

Jest to ładna historia, dobrze napisana i pouczająca, chociaż niestety mało rozumiana, pomimo że dwa tysiące lat temu przypomniał ją swoim ziomkom zabity przez nich wkrótce na krzyżu Galilejczyk. Oczywiście nie jest ona przeznaczona dla mądrali, czyli dla takich pacjentów, którzy wszystko najlepiej wiedzą i wolą przepłacić leżankę, masaż wodny lub Ciechocinek niż wykonać sumiennie kilka prostych ćwiczeń — przemówi więc raczej tylko do tych, którym bliższe jest własne zdrowie niż duma, uznanie, wygody czy pieniądze.

Nie chodzi tu rzecz jasna o porównanie umysłu doświadczonej fizjoterapeutki z umysłem miłego Bogu jasnowidza, pomimo że przynajmniej w moim terapeutycznym doświadczeniu pacjenta talenty Pani Oleszkiewicz dokonują w jej Gabinecie rzeczy, których nie spodziewałbym się w ośrodku państwowej służby zdrowia. W końcu fizjoterapeuta nie czyni cudów, a prorokowi przychodzi czynić to niejako z urzędu.

Chcę tu ustawić czytelniczy fokus wyłącznie na umyśle potencjalnego małodusznego beneficjenta fizjoterapeutycznej usługi, w której bardzo dużą rolę pełni jego prostoduszna gotowość podporządkowania własnego widzimisię często zupełnie nieznanemu mu porządkowi rzeczy. To taka mała próba wiaryprzejdziesz ją i wygrasz, albo cofniesz się i stracisz. Tak czy owak życiowa stawka bywa wysoka, dlatego osobiście zachęcałbym każdego mężczyznę do wypróbowania swej cywilnej odwagi w gabinecie fizjoterapeutycznych usług tego typu, jakie można znaleźć w Gabinecie Rehafit.

Domyślam się naturalnie, że ze wszech miar pożądanej zwyżce popularności usług instruktorek fitness wśród mężczyzn może stawiać niemały opór także sama niechęć ich partnerek do systematycznych treningów w towarzystwie często od nich zgrabniejszych i bardziej wysportowanych pań — a to z powodu zbliżonego przyczynie popularności usług ślepych masażystów wśród kobiet. Niestety jednak, niewiele można w tej sprawie zrobić gołymi rękami.

Ważniejsze jest tu jednak moim skromnym zdaniem, żeby mężczyzna w progu fizjoterapeutycznego gabinetu rozumiał, iż rola ordynowanych mu czy prowadzonych w jego intencji zestawów prostych ćwiczeń gimnastycznych zazwyczaj daleko wykracza poza jego wyobrażenia i dobrze jest, gdy stać go na to, by — jak niegdyś Naaman Syryjczykposłuchać jednak swoich mądrych doradców.

Umysł mężczyzny z natury przystosowany jest do realizacji dużych zadań i złożonych strategii, w związku z czym nieczęsto ma on powód i sposobność do zwrócenia uwagi na przykład na napięcie własnych pośladków, właściwą pracę okalających kręgosłup mięśni grzbietu czy choćby samo istnienie (!) głębokich mięśni dna miednicy. Pomaga mu w tej koniecznej rehabilitacyjnej czy profilaktycznej reorientacji uwagi właśnie praca fizjoterapeutki, świadomie planującej, zabezpieczającej i optymalizującej trud powrotu jego nadwerężonego ciała do zdrowia lub zapobieżenia murowanym z nim kłopotom w najbliższej przyszłości.

To nie żarty o głupich blondynkach wzbudzają respekt kobiet dla władzy męskiego osądu — o ile mi wiadomo, ta ostatnia zasługuje na uznanie zdrowego instynktu słabszej płci nie tyle nadmierną ekspozycją swojego ego, ile gotowością ujrzenia samej siebie podobnej głupiemu, upartemu osłu choćby w sprawach, w których mężczyznom obiektywnie trudno przeskoczyć naturalne kobiece predyspozycje, namiętności i uzdolnienia.

Nie rozpisuję się w tej delikatnej materii dla reklamy, ale dla prawdy potrzebnej zarówno zapamiętałym zawodnikom sportowym, kulturystom, biegaczom i wszystkim wyczynowcom dla sławy lub rozrywki igrającym z prawem powszechnego ciążenia, jak też nieumiarkowanym żarłokom, posiadaczom okazałych mięśni piwnych i innym, którym z kolei wydaje się być stratą sił i czasu każdy prosty fizyczny wysiłek na fizjoterapeutycznej macie lub ćwiczenia z nieporęczną piłką, nieuznawaną za dobry środek w rywalizacjach o medale.

Nie jest to więc z mojej strony jakaś efektowna propaganda, lecz raczej twórcze współdziałanie z dobrze znaną mi, szczodrą i mądrą strategią rozwoju Małgosinego Gabinetu, powiększające społeczną świadomość wagi i roli jej działań oraz perspektyw, starające się także o przełamanie kosztownych dla zdrowia stereotypów dyskredytujących w męskich oczach wartość dyscypliny pod niewieścią batutą.

Treningi fitness z dobrą i czułą jak trawa fizjoterapeutką to recepta nie tylko na prawdziwie ludzką miarę, ale też na każdą kondycję i głupio robi mężczyzna, który nie bierze ich w swoim życiowym harmonogramie pod uwagę, zwłaszcza gdy zaczyna mu ni stąd ni zowąd dokuczać bark, lędźwie czy kręgosłup. Wypada mu tylko postarać się, żeby to właśnie żona przypominała mu choć czasem o ich nadchodzącym terminie.

Wbrew pozorom, Panowie, nie jest to wcale trudna sztuka i warto jej spróbować. Szczerze do tego zachęcam.

Paweł Zelwan